Na skróty > Ciechanowskie Legendy Zamkowe


Wyświetleń: 26590

Stefan Gołębiewski
 
Do ziemi zamkowej
 
Ziemio ciechanowska,
przedmurze
mazowieckiej tarczy odwieczne,
przez ciebie sięga w średniowiecze
gotyk zamku na Farskiej Górze.
Toporów blask – rycerze toczą
pojedynek: Rotgier ze Zbyszkiem
na śmierć i życie, przemoc
z mocą,
cios zadany krzyżackiej pysze.
Zamek z góry schodzi do nizin,
jakby pragnął ludu być bliżej,
zamek warowny kraju dolin -
mury widoczne jak na dłoni:
z dwóch wieży wyrósł, grał na
alarm
w książąt stolicy, nie pozwalał,
by wtargnęła najeźdźcy stopa,
i choć padał, jeszcze się oparł,
niezłomny jak narodu wola.
Do niego biegną łąki, pola,
które zbożem, cukrowiem słyną
w biegu kołysane Łydynią.
To ziemi ciechanowskiej duma,
W której bieg dziejów nie
obumarł,
sława nie przebrzmiała oręża
w tej, co nie zginęła. Zwycięża
na polu chwały nawet klęska
zatrzaśnięta w murach
męczeństwa.
Z Opinogóry blask – latarnia
czasów zaborczych mrok
rozgarnia
i romantyzmem świeci w stronę
pozytywizmu Krzewią
wspomnień.
Po niech słyszę, jak biją młoty
stare i nowe – od Nowotki.
Wyzwolenie do ruin weszło,
Drugiej Polski nadchodzi era:
zamek zamyka się na przeszłość
zamek na przyszłość się otwiera.  
 
 
 
Jan K. Korzybski
 
Zakochany paź
            
            Księżna Anna – Danuta, córka Kiejstuta księcia litewskiego była żoną Janusza I, zwanego też Starszym, księcia ciechanowskiego, warszawskiego, wyszogrodzkiego, zakroczymskiego i czerskiego. Lubiła zamek ciechanowski mimo, że miała do dyspozycji może ładniejsze, obszerniejsze pałace w innych zamkach, to chętnie przebywała w ciechanowskim tzw. „domu dużym”, dotykającym północnej kurtyny zamku.
            Po roku 1400, zaraz po ukończeniu budowy kasztelu ciechanowskiego, kiedy była jeszcze młodą i uroczą kobietą, podkochiwał się w niej – jak mu się wydawało – dyskretnie, pewien przystojny młodzieniec z otoczenia księcia. Ale – jak mówi arabskie przysłowie – kaszlu i miłości ukryć się nie da. Mimo, iż doskonale zdawał sobie sprawę, że nie ma żadnych przecież szans, nie był w stanie zwalczyć w sobie pokusy choćby tylko patrzenia na księżnę – panią, podziękowania jej i ochoczego czynienia jej najtrudniejszych posług. Był szczęśliwy, kiedy mógł być w jej bliskości, troszczyć się o wygody jej życia i oddalać od niej potencjalne przeciwności szczęścia. Każdą okazję wykorzystywał, aby zbliżyć się do pani i móc jej służyć.
            Nie uszło to uwagi środowiska, w którym żył. Jego dotychczasowi przyjaciele stali się w stosunku do niego złośliwi, zaczęli mu dokuczać, wytykać jego zuchwałość, zuchwałość sięgania uczuciami aż do księżnej – pani. Nazwali go zakochanym paziem księżnej. Było mu przykro i mimo iż wiedział, że jego miłość jest szalona, niepoprawna, nie mająca żadnych perspektyw, nie był w stanie wyrwać ze swego serca tej straszliwej strzały amora. Cierpiał z tego powodu, ale trwał w swoim uczuciu nadal.
            Księżna Anna domyśliła się. Wiedziała, że jego bezgraniczne oddanie nie wypływa tylko ze zwykłych dobrze pojętych obowiązków. Wiedziała, że jest tu coś więcej… i choć podobał się jej, to jednak rozsądek kazał zachowywać dystans, nie pozwalał dostrzegać szalonych uczuć chłopca. Nie mogła i nie chciała ujawniać przed nim swojej wiedzy o tym. Nawet dobrze jej było. Miała oddanego bez granic, wiernego i czułego sługę, choć czasem dręczyło ją sumienie, że ten biedny „paź” tak bardzo przeżywa swoją miłość i że jest wykorzystywany. Swoimi spostrzeżeniami nie dzieliła się z nikim, nawet z księciem.
            Ale książę został o tym poinformowany przez swoich zauszników. W rozmowie z księżną utwierdził się w przekonaniu o zuchwałości „pazia”, chociaż księżna starała się rzecz przedstawić w sposób najbardziej łagodny, nie obciążający tego najwierniejszego sługi. Mówiła o jego przywiązaniu, uczynności, a nawet serdeczności, wykluczała jednak uczucia. Musiała kłamać, aby uchronić od kary nieszczęsnego chłopca.
            Książę jednak w tym przypadku wolał wierzyć bardziej doradcom niż swojej żonie. Białogłowy nadto często kierowały się sercem. Postanowił chłopca odsunąć od służby i przykładnie ukarać. W tym też celu kazał go umieścić w lochu więziennym, znajdującym się we wschodniej baszcie. Z wysokości 10 metrów spuszczono go w dół na linie, podrzucano mu świeżego barłogu, podano wodę i chleb i miał tam pozostać rok czasu.
            W warunkach, jakie tam panowały (zimno, mokro i ciemno), rzadko kto wytrzymał cały rok. Łatwo przecież o chorobę, o zapalenie płuc w takich warunkach, a gdy więzień zaniemógł – lekarza mu nie podsyłano, to po odbyciu kary wychodził z lochu, a jeśli nie?
            Wiedziała o tym księżna Anna i przez zaufanie sługi kazała mu podawać systematycznie całe bochenki chleba, aby nie cierpiał głodu. W jednym z takich bochenków poleciła dyskretnie ukryć mocne, ostre narzędzie metalowe, którym mógłby wykonać otwór w celu uwolnienia się.
            Młodzieniec zrozumiał intencje opiekunów. Przystąpił do działania. Systematycznie cegła po cegle wydłubywał z muru aż, do zmęczenia. Po niewielkim odpoczynku, po krótkiej drzemce, straciwszy rozeznanie kiedy jest noc, a kiedy dzień, w kompletnej ciemności praca posuwała się powoli, ale otwór ciągle poszerzał się i pogłębiał. Nie łatwo było przebić się przez prawie dwumetrowy mur baszty. Pracował szereg długich tygodni, ciągle nie pewny, czy obrał właściwy kierunek, czy przypadkiem nie drąży muru w kierunku dziedzińca zamkowego, co przecież uniemożliwiałoby ucieczkę. Mur był tak gruby, że żaden głos z zewnątrz, pozwalający na rozeznanie, nie dochodził. Aż kiedyś uszczęśliwiony ujrzał prześwit, a w prześwicie – rzekę. Poczekał do wieczora. Aby dokończyć dzieła przed następnym porankiem, sprężył wysiłki i po północy otwór był na tyle duży, że mógł nim bez trudu przecisnąć się. Zmęczony, wycieńczony ale jakże szczęśliwy stanął na świeżym powietrzu poza zamkiem, twarzą w kierunku Łydyni. Teraz wypadało już tylko przepłynąć rzekę i iść w nieznane, szukając szczęśliwego losu.
            Księcia Janusza w tym czasie w zamku nie było. Z drużyną brał udział w wyprawie Jagiełły. Był to rok 1410.
            Na zewnętrznej stronie baszty wschodniej można zobaczyć widoczny ślad wydrążonego kiedyś otworu.    
 
 
Teodor L. Młynarski 
 
Legenda o Łydyni

Z serca gruduskiej puszczy, z ciemni matecznika
Płynie czarna rzeka, słabo do niej przenika
Złoty promień słońca, przez baldachim zieleni,
Piękny wodopój turów, łosi i jeleni.

Poprzez dzikiej zwierzyny królewskie łowiska
Majestatycznie płynie rzeka bez nazwiska,
A czysta jej fala nie szemrze lecz jakby drzemie,
By nie zlękło się żadne bobrowe żeremie.

Gdy przebyła puszczańską drogę ciemną, długą,
Pod Ciechanowem olśniona słońca złotą strugą,
Wokół zamku roztoczyła srebrne ramiona
A zamek lśnił się w niej jak podwójna korona.

Oczarowały Bonę nieprzebyte lasy,
Chętnie w ich cieniu spędzała królewskie wczasy,
Choć miała piękne zamki w miejscowościach wielu,
Ciechanowski był w jej sercu tuż po Wawelu.

Raz o świcie nie chcąc, by ludzie widzieli,
Wyszła z zamku do rzeki, by użyć kąpieli,
Czas był wprost prześliczny, różowy brzask na wschodzie
Przez opałową mgłę przeglądał się w wodzie.

Trwożnie spojrzała ku prawicy w miasta stronę,
Miasto za ciemnym wałem drzew było uśpione,
Krótki słowik zakląskał w nadbrzeżnej wiklinie,
A królowej serce zadrżało jak w dziewczynie.

Gdy była już naga i wejścia do wody bliska,
Pomyślała: "Szkoda, że rzeka jest bez nazwiska",
Postanowiła, że gdy dłużej tu pobędzie,
Wymyśli nazwę i ogłosi ją orędziem.

Gdy królowa jak ryba plusnęła do wody
Zdumieli się dwaj rybacy: stary i młody,
Którzy z miasta przyszli patrzeć jak ryba bierze,
By opróżnić w zaroślach saki i więcierze.

Wiklina kryje w zieleni bladość ich lica,
Stary zajęczał z cicha: "Pewnie... topielica",
Wtem obłok tęczowych kropel w górę ulata,
Rybak szepce w zachwycie: "Święta Małgorzata"!

Królowa wyszła z wody, młody nie wytrzymał,
Prostacko wrzasnął: "Ale łydy ma, łydy ma!"
Sądził, że krępowanie nie jest tu potrzebne,
Wziął bowiem królowę za jedną jej służebnę.

Bona jako Włoszka, słaba w polskim języku,
"Łydynia, lidinia", usłyszała w tym okrzyku,
Który rozległ się głośno w nadbrzeżnej wiklinie
A jej się wydawało, że w wody głębinie.

Na chwilę jak posąg skamieniała w zachwycie,
"Rzeka do mnie mówi swoim imieniem", słyszycie?
"Śliczna Lidinia" powtarza z wrażenia drżąca,
Nie pomnąc, że stoi naga w promieniach słońca.

Potem do wrót zamku biegnie w samej koszuli,
A nazwę rzeki jak dziecię do serca tuli.
Kawki rozsypały się po niebie jak czcionki
Niosąc wieść o tym na miasto, pola i łąki.
Legenda ta pretensji do prawdy nie rości,
Pewnie, że Łydynię nazwali ludzie prości.
 

Alfred Borkowski
 
Ciechan

Krasnoludki od niepamiętnych czasów zamieszkiwały wzgórze, które ludność w Ciechanowie nazywała początkowo zamkowym, dlatego że stał na nim dawno temu zamek drewniany, a teraz nazywają go Farską Górą. Nowsza, dzisiejsza nazwa urobiona została od kościoła farnego, który liczy sobie kilka wieków. Dziś już nikt nie pamięta, że góra ta zwała się w czasach pogańskich Górą Swarożyca, albo po prostu Swarską, z racji tej, że stała tam kiedyś świątynia pogańskiego bożka Swarożyca.
Dawno temu, przed wiekami ziemie te porastały nieprzebyte bory, pełne dzikiego zwierza. Po nocach wyły zgłodniałe wilki, brunatne misie wybierały miód z barci, głuszę leśną wypełniały dziki, sarny i jelenie. Zaludnienie mazowieckiej puszczy było znikome.
Pierwszym człowiekiem, który tu zatrzymał się i osiedlił był młody i silny rycerz imieniem Ciechan, syn bogatego władyki z odległych stron. Ojciec zamierzał ożenić go z bogatą panną, córką majętnego sąsiada, lecz Ciechan zakochany bez pamięci w innej dziewczynie, biednej ale mądrej i ładnej, o imieniu Dobroniega, ani słuchać nie chciał. Despotyczny ojciec zabronił mu spotkań z ukochaną Dobroniegą. W tej sytuacji jedynym wyjściem była ucieczka z domu. Tak też się stało. Ciechan okulbaczył nocą dwa rącze ojcowskie konie i razem z wybranką swojego serca uciekli w nieznane. Po kilkunastu dniach samotnej wędrówki dotarli na okazałe wzgórze, z trzech stron otoczone nieznaną im rzeką. Uznając je za miejsce dość bezpieczne, zszedli utrudzeni z koni, wyjęli razowiec z podróżnej torby i kawałki suszonego mięsa. Gdy spokojnie posilając się, zauważyli grupę skrzatów. Najstarszy z nich powitał w imieniu całej gromady Ciechana i jego Dobroniegę. Zapewnił zarazem, że nikt tu ich nie wyśledzi i nic im tu nie zagraża. Opowiedział też pierwotną historię tej krainy. Mówił, że rządziły tu kiedyś krwawe i wojownicze kobiety, pozostawione przez mężów swoich - Gotów i Gepidów, którzy gnani mitycznym odium nad morze zwane Czarnym, nie powrócili z wyprawy wojennej do swoich domów. Osamotnione kobiety rodziły dzieci z niewolnikami. Dziewczynki zostawały przy życiu, urodzeni chłopcy - nie. Tak upływały lata, aż zebrali się rycerze z sąsiednich stron i pokonali okrutne kobiety. Z grecka nazywali je Amazonkami, a mówiono na nie także Jamazonki, jako że tutejsze ludy słowiańskie nie używały wyrazów zaczynających się od samogłosek. Mówili też na nie po prostu Mazonki lub jeszcze bardziej swojsko - Mazowki.
Krasnal musiał przerwać tę ciekawą dla przybyszów opowieść, bo z rzeki wynurzyła się nimfa wodna, okryta przewiewnym muślinem i odtańczyła przed nimi taniec radości.
- O piękna boginko - rzekł do niej Ciechan - jeśli ty przyjmujesz nas tak gościnnie na tej ziemi, to pozostaniemy z wami w tej waszej krainie na zawsze.
Na to Rusałka wykonała jeszcze kilka innych tanecznych figur i łagodnie rozpłynęła się w nurtach rzeki.
- Tak - rzekł Ciechan - tutaj założymy naszą siedzibę, tu będziemy żyli. To wzgórze, na którym teraz stoimy, da nam na pewno dobre schronienie, nazwiemy je Dobra Góra, na twoją cześć Dobroniego.
- Ja myślę inaczej - odrzekła Dobroniega - to miejsce nazwijmy wzgórzem ciechanowym, Ciechanowym Grodem. Przystał na to ukochany Dobroniegi i tak już zostało.
Na początku Ciechan ze swoją niewiastą zbudowali skromny szałas i przez szereg lat, polując i uprawiając żyzną tu glebę, doczekali się aż dwunastu synów. Chłopcy wyrośli na tęgich i mądrych rycerzy. Ale szałas stał się za mały, za skromny na tak liczną rodzinę. Dorastający synowie pomogli ojcu zbudować zrazu skromny, a potem okazały zamek, wprawdzie drewniany, ale obszerny i bezpieczny.
Ciechan pamiętał też o krasnoludkach. Pod zamkiem zbudował korytarze i zakola, aby było im dobrze, aby razem z nim przemieszkiwali. Przyszła potem kolej na świątynię. Wybudował ją obok zamku i przeznaczył zapobiegliwy gospodarz Swarożycowi i Daćbogowi. Odpowiednie miejsce przeznaczył też dla Łady i jego najpiękniejszej żony - Ładnej, a także ołtarze dla Boda i Leli. Jedynie Płonowi nie wzniósł żadnego ołtarza, gdyż było to bóstwo czczone już w niedalekim Płońsku. Płon, zwany także Płoniawym, był bogiem ognia, piorunów i wojny, Ciechan zaś pragnął pokoju, unikał wszystkiego, co mogłoby mieć związek z wojną.
 Po latach Ciechan zmarł. Pogrzeb miał wspaniały. Zjechały się wszystkie co przedniejsze osoby z różnych stron, aby mądremu i pracowitemu władcy oddać ostatni należny mu pokłon. Przybył też sędziwy, uładzony ojciec Ciechana. Ustawiono wielki stos drewna, a na jego szczycie ułożono zwłoki Ciechana. Zapalono rusztowanie. Płomień szybko wzbił się w górę. Ogień trwał do samego rana, po czym zebrano popiół z pogorzeliska i rozsiano po okolicy, aby, według ówczesnych wierzeń, rozum i mądrość rodziły się wszędzie.
Upływały lata, wieki całe, następcy dalej rozbudowywali gród, który z czasem stawał się twierdzą nie do zdobycia.
 
Jan K. Korzyński
 
Legenda o Żabusi, córce wrotnego ciechanowskiego zamku

Jeśli szukasz żony i przygody, jedź do Ciechanowa.
Jak podaje legenda był w ciechanowskim zamku wrotny (człowiek obsługujący wrota zamkowe, podnosił i opuszczał bronę (żelazną kratę w bramie zamkowej) i most zwodzony), który miał córkę jedynaczkę. Wołano na nią, nomen omen, Żabusia. Urodziwa to była panna i wpadała chłopakom w oko, ale serce miała kamienne, innym ludziom uwagi nie poświęcała, egoistycznie skupione na sobie. Nikogo oprócz siebie nie szanowała, nie obdarzyła jednym dobrym słowem. Młodzież stronia od niej, nie znajdując żadnej przyjemności w obcowaniu z zapatrzoną w siebie dziewczyną.
Znalazł się jednak chłopiec, których pokochał Żabusię i chciał się z nią ożenić. Zdołał zjednać sobie dziewczynę i zyskać wzajemność. Cud to był prawdziwy. Ale ... Żabusia zapewniała ukochanego o swym uczuciu, że jest ono tak głębokie, że wyklucza posiadanie ewentualnego potomstwa, które pojmowała jako przeszkodę w pielęgnacji ich wzajemnego uczucia. Sama myśl, że jej ukochany przelałby część uczuć, którymi ją obdarza, na dzieci, przyprawiała ją o silny ból głowy. O nie, ona musiała mieć go tylko dla siebie.
Taka postawa obróciła się przeciwko niej. Narzeczony porzucił ją.
Nadeszło święto kupały. Młodzież okoliczna zebrała się nad Łydynią, paliła ognisko, śpiewała, żartowała. Żabusia długo się wahała, lecz w końcu wybrała się nad rzekę. Gdy szła przez las spotkała staruszkę dźwigającą chrust. Nie tylko nie zeszła jej z drogi, nie pomogła zanieść chrustu do domu, nie pozdrowiła dobrym słowem, ale zbeształa ją okrutnie, że jej w drogę wchodzi. A to była wróżka leśna, strażniczka wszystkiego co żyje w lesie. Oburzona zachowaniem dziewczyny zamieniła ją w żabę.
Żabusia dotąd skacze po dziedzińcu ciechanowskiego zamku. Jeśli ją znajdziesz i pocałujesz, znów zamieni się w dziewczynę ...


Teodor L. Młynarski 
 
Hanna z Ciechanowa
 
Działo się to w roku 1089, kiedy na tronie polskim w Płocku zasiadał Władysław Herman. Ciechanowskim zamkiem na wzniesieniu otoczonym z trzech stron bagnami i rzeką Łydynią władał wówczas stary, doświadczony rycerz Wojewoda Wszebor. Wszebor miał nieprzeciętnej urody córkę Hannę, którą jeszcze w dzieciństwie księciu Mieczysławowi, synowi Bolesława Śmiałego.
Tymczasem Hanna zakochana była w księciu Zbigniewie, synu Władysława Hermana. Aby nie doszło do zrealizowania woli rodziców Hanny i Mieczysława – zakochani umówili się, że pewnej nocy na zamku w Ciechanowie zjawi się potajemnie wierny sługa Zbigniewa Niemiec o nazwisku Mestwin i kiedy okaże Hannie pierścień Zbigniewa, ta ucieknie z nim do Płocka, do Zbigniewa. Przebiegły i chytry Zbigniew dobrze przemyślał porwanie. Zdecydował działać w noc świętojańską, kiedy prosty lud obchodził swoje święto kupały w Modle pod Ciechanowem. Tego dnia w Ciechanowie bawił się też ze swoim dworem Władysław Herman. Aby wyciągnąć z dobrze strzeżonego zamku drużynę królewską i rycerstwo zamkowe zaimprowizował w Modle napad na bawiących się ludzi z okolicznych osad. Na wieść o napadzie, mordowaniu ludności i paleniu osad, król ze swoją świtą wyjechał do Płocka, natomiast Wszebor ze swoją drużyną, pożegnawszy się z córką, wyruszył na odsiecz w stronę Modły. Zamek opustoszał. Cisza w zamku była kompletna. Zmęczeni ludzie z podgrodzia spali pokotem na dziedzińcu zamkowym, dokąd schronili się na wieść o zagrożeniu. Było ciemno i parno, zanosiło się na burzę. 
Już dobrze po północy Hanna posłyszała dyskretne pukanie do okna i spostrzegła w nim twarz Mestwina, Zbigniewowego sługi z wyciągniętą do niej ręką z pierścieniem Zbigniewa. Równocześnie do komnaty wpadła zdyszana, przestraszona służka Hanny Kalina, która była na uroczystościach kwiatu paproci w Modle. Urywanymi zdaniami powiedziała Hannie, że świątynia w Modle spalona, kapłan Swarożyca powieszony, prawie wszyscy ludzie, którzy przyszli na dzisiejsze święto zostali zamordowani, cała osada poszła z dymem. Hanna na to, że ogłoszono już alarm bojowy i że ojciec wyruszył prawie z całą drużyną w pościgu za Prusami lub Jadźwingami, którzy są sprawcami tego nieszczęścia. Kalina energicznie zaoponowała:
- Ależ Panienko! To nie byli Prusowie ani też Jadźwingowie. Panienko, ja rozpoznałam dowódcę – był to książę Zbigniew. Klnę na wszystkich bogów! Jezusa Chrystusa i na Swarożyca, którego posąg został w Modle spalony, że to był książę Zbigniew i jego drużyna.
Mestwin, słyszący za oknem tę rozmowę po wejściu do komnaty zdecydowanie zaprzeczył:
- Mój Panicz a Twój ukochany piękna Hanno nie mógł dokonać takiej zbrodni na bezbronnej ludności. To byli Prusowie. Twój ojciec, Hanno, ściga ich w kierunku Gruduska. Daję ci na to miejsce rycerskie słowo. Mój pan czeka na ciebie w pobliżu i prosi, abyś czym prędzej wyszła do niego.
Hanna uwierzyła.
Strażnicy na wieżach zostali przekupieni. Oni sami dostawili pod okno drabiny, po których bezpiecznie Hanna z Mestwinem zeszli na dół nad pasem ostrokołu i zbiegli do rzeki, gdzie czekała na nich przygotowana łódź i którą bezszelestnie w pośpiechu odpłynęli.
- Do widzenia, mój kochany domu rodzinny, do widzenia drogi ojcze! W myśli i nie bez rozterki w sercu, żegnała się z bardzo kochającym ją ojcem piękna Hanna.
Gdy wrócił Wszebor, zaniepokojony do głębi o los córki i rozwścieczony na służbę – kazał ją pokarać, wysłał pościg na cztery strony świata, sam zaś udał się przez Raciąż do Płocka na dwór królewski szukać ratunku.
Hanna tymczasem ze Zbigniewem i sługą Mestwinem dotarła do zamku Zbigniewa pod Płockiem.
Mestwin zauroczony Hanną zakochał się w niej. Rozmyślał:
- Piekielna to była noc dla mnie. Można oszaleć, gdy się uprzytomni, że musiałem wykraść tą piękną dziewczynę dla innego. A może pójść do komnaty Hanny, obudzić ją i opowiedzieć prawdę o Zbigniewie, a potem wyznać jej miłość i wykraść powtórnie, tym razem dla siebie… I uciec z nią w swoje rodzinne strony. Wstrzymał się jednak od tych namiętności, czego czekając na rozwój dalszych wydarzeń.
Następnej nocy odbył się potajemny ślub Zbigniewa z Hanną w kaplicy zamkowej. Świadkiem był Mestwin i aby zapewnić pełną tajemnicę tego ślubu – księdza, który celebrował tę uroczystość zaraz po odejściu z kaplicy młodej pary – wypchnął oknem do Wisły.
Świadkami tego ślubu były jednak jeszcze dwie osoby, obserwujące ceremonię z ukrycia. Byli to słudzy Hanny – Kalina i Olech. Po porwaniu Olech chciał targnąć się na swoje życie, kiedy dowiedział się, że panienka została wykradziona. Mówię wtedy do niego: Olech, ty do reszty zgłupiejesz z tej strasznej boleści. Tu nie trzeba walić łbem z rozpaczy o ścianę, ale myśleć. Mnie się tak widzi, że panienkę naszą wykradł książę Zbigniew. Jedziemy do Płocka. Olech posłuchał mnie. Dowództwo zostawił staremu Smudze i pojechaliśmy zaraz w nocy. Wzięliśmy trzeciego konia dla panienki. Mówimy sobie – następnej nocy my porwiemy panienkę. Ale się będzie cieszył pan Wojewoda! W dzień czekaliśmy ukryci w pobliskim lesie. Wpadłam na pomysł, aby pożyczyć stroju giermka. Przebrałam się i jako rzekomym posłańcom z listem do króla Władysława udało się nam wejść do zamku Zbignewa. Olech jednak już nie żyje, panienko. Zginął z rąk Mestwina, kiedy stanął w obronie księdza, którego Mestwin zepchnął do Wisły. Hanna wprost nie mogła uwierzyć. Nie chciała wierzyć, zaufała przecież ukochanemu Zbigniewowi.
Tego samego dnia Wszebor z księciem Mieczysławem udali się do króla. Rozpowiedzieli Władysławowi całą sprawę. O napad na Modłę i porwanie Hanny oskarżyli Zbigniewa. Przewrotny Zbigniew w pierwszej chwili zaprzeczył, jednak rozgniewany przez swojego rywala księcia Mieczysława, oświadczył królowi, że Hanna z Ciechanowa od wczoraj jest jego nałożnica i przebywa w zamku. Uważam, że nie jest to żadne bezprawie. Z Hanną będę co roku powiększał grono królewskich czy książęcych bękartów. A komu się to nie podoba, tego oczekuję na murach mojego zamku.
Na te słowa książę Mieczysław prosił króla o pozwolenie spotkania się ze Zbigniewem na miecze, a ojciec Hanny – Wszebor przyjmując tę zniewagę ze ściśniętym sercem, upokorzony błagał króla o zbrojne rozstrzygnięcie samowoli jego syna.
Zarządzono alarm wojenny przeciw zuchwałemu Zbigniewowi. Wojewodę Wszebora ogłoszono dowódcą wojska królewskiego. Oblężenie zamku księcia Zbigniewa trwało już trzy dni i trzy noce – bez rezultatu.
Mestwin rozkochał się w Hannie bez pamięci. Dążył do spotkania z nią na osobności, aż do tego doszło. Wyznał jej swą miłość i starał ją odwieść od Zbigniewa. Biedna niewiasto – mówił – nigdy nie zaznasz szczęścia ze Zbigniewem. On nie ma serca dla ciebie. Twój małżonek zdradza cię z twoją najgroźniejszą rywalką. On prawdziwie kocha tylko bitwę. Gdy zadaje wrogom śmierć, doznaje najwyższej rozkoszy, jaką odczuwa ze swą ukochaną kobietą prawdziwy mężczyzna.
Opowiedział jej też, że to Zbigniew napadł na Modłę, że kazał zamordować księdza i Olecha, że jest sadystą i nikczemnikiem, rozbójnikiem wyzutym ze wszelkich ludzkich uczuć. Wielu niewinnym ludziom zabrał życie. Ciebie traktując nie jako żonę, ale nałożnicę, którą rzuci, jak tyle innych przed tobą, gdy mu się znudzisz. Hanna nie wierzyła.
- Na miłość boską, przestań mnie dręczyć! Nigdy nie będę twoją – odrzekła Hanna – i zagroziła, że wszystko opowie Zbigniewowi. Wobec sprzecznych informacji nie była w stanie zrozumieć złożoności problemu. Całą prawdę skrzętnie przed nią ukrywano. Zaniepokojona zapragnęła widzenia z ojcem. Obiecano jej to, lecz zamiast ojca, do bramy zamkowej podstępnie zwabiony został książę Mieczysław i przedstawiony przed oblicze Hanny. W rozmowie z Hanną wyjaśniło się, że Hanna została poślubiona przez Zbigniewa, że tylko jego kocha i przebacza mu wszystkie jego ewentualne występki.
W tej sytuacji zawiedziony książę Mieczysław wrócił do obozu królewskiego. Od oblężenia odstąpiono i postanowiono dla uczczenia rozejmu, wydać ucztę na zamku Zbigniewa.
Mściwy Mestwin przedstawił Zbigniewowi, że Hanna kocha jednak Mieczysława i potajemnie spotyka się z nim, co przecież miało przed chwilą miejsce. Zbigniew w to uwierzył. Nakazał swojemu podwładnemu słudze Mestwinowi w czasie uczty otruć Hannę i księcia Mieczysława.
Na ucztę u Zbigniewa przybył Władysław Herman z żoną Judytą, książę Mieczysław, wojewoda Wszebor i inni dostojnicy z otoczenia króla. Nie było tylko księcia Zbigniewa. Rzekomo dostał wiadomość, że banda Prusów grasuje w pobliżu i pobiegł ją rozbić.
Pierwszy toast wzniósł przebiegły Mestwin:
- W imieniu mego nieobecnego pana, księcia Zbigniewa pozwolę sobie wznieść toast za pomyślność naszego ukochanego króla Władysława Hermana!
- To ja – rzekła Hanna – pogodziłam zwaśnionych braci i doprowadziłam do zawieszenia broni.
- Zachowaj córko moja, szczere serce na całe życie. To największy skarb człowieka – zwrócił się do Hanny jej ojciec, znękany wydarzeniami ostatnich dni.
Mestwin zaproponował toast szczerości. Polegać on miał na tym, że po spełnieniu, ktoś kto ma nie czyste sumienie lub jeśli nie szczerze zawarł przymierze, może poczuć się źle, może zachorować, a nawet stracić przytomność.
Niech ten napój będzie na zdrowie ludziom szczerym, a na chorobę ludziom o lisim sercu – rzekł Mestwin – i rozlano wino. Tylko do kielicha Hanny i Mieczysława nalewał inny sługa.
Po spełnieniu toastu piękna Hanna z Ciechanowa i książę Mieczysław gwałtownie pobledli i osunęli się z ławy. Przerażony Wszebor chwilę obserwował w niemym milczeniu moment zasłabnięcia córki i księcia Mieczysława i padł zemdlony.
- Nie widzicie skutków toastu szczerości? – zapytał Mestwin, Musieli mieć bardzo cieżkie grzechy na sumieniu, skoro toast spowodował aż taki skutek.
Tak srodze zemścił się Mestwin za wzgardzoną miłość do Hanny.
Ale całą złożoność intryg Mestwina, w obecności króla i księcia Zbigniewa, który zdążył już przybyć, wyjaśniła sługa Hanny, cały czas z ukrycia obserwująca wydarzenia – Kalina. Sumienie wówczas ruszyło Zbigniewa. Wyzwał Mestwina na miecze.
- Hanno – po pojedynku zwrócił się do martwej już żony Zbigniew – przynoszę ci skrwawiony miecz na dowód, że pomściłem twoją niewinną śmierć, moja ukochana żono!
Uroczysty pogrzeb pięknej Hanny odbył się w Ciechanowie. Stary, z siwą głową Wszebor, człowiek twardy, zaprawiony w wielu bojach – płakał…
                                                                                 *
            Faktem historycznym jest znana walka pomiędzy przyrodnimi braćmi, Bolesławem Krzywoustym i księciem Zbigniewem, zakończona bardzo krwawo, lecz jakże typowo dla ówczesnych stosunków feudalnych feudalnych. Jak wiadomo, Bolesław po licznych trudach uzyskał władzę senioralną nad dzielnicami Polski, a wezwanego zza granicy księcia Zbigniewa oślepił. Bolesław natomiast odbył pielgrzymkę pokutną do opactwa Samogywar na Węgrzech. Działo się to ok. roku 1113.
                                                                                 *
            Legenda o pięknej Hannie z Ciechanowa obszernie opisana została w trzytomowej powieści Zygmunta Krasińskiego „Władysław Herman i jego dwór” wydanej w 1830 r. oraz w sztuce scenicznej Teodora Leonarda Młynarskiego „Hanna z Ciechanowa” opublikowanej w numerze 20, 21 i 23 pisma regionalnego „5 rzek” w roku 1961.
 
 
Jan K. Korzybski
 
O nieszczęsnej kasztelanowej
 
            Około roku 1400 zakończone zostały roboty przy budowie ciechanowskiego zamku na bagnach na zakolu rzeki Łydyni. W dokumentach z tamtych czasów zachowało się nazwisko mistrza – muratora, kierującego budową: był nim niejaki Niklos. Prawdopodobnie rodem z Czech, choć na Mazowsze przybył od Krzyżaków. Zamek założony został na planie regularnego czworoboku z dwoma potężnymi basztami od strony południowej, z wjazdem pomiędzy tymi basztami i dużym budynkiem mieszkalnym od północy. Do murów zwieńczonych blankami przylegały parterowe drewniane budynki gospodarcze i mieszkalne dla służby.
            W niedługim czasie po wybudowaniu tej warowni – jak niesie legenda – zamek stał się widownią krwawej tragedii. Władca tego zamku, kasztelan pełniący tę funkcję z ramienia księcia, pojął za żonę piękną dziewczynę, wywodzącą się z wielkiego szlacheckiego rodu, choć już podupadłego. Żona tego władyki była kobietą nieprzeciętnej urody i powabu, swoim wdziękiem, sposobem bycia, roztaczanym urokiem budziła powszechne zainteresowanie płci męskiej. Nic więc dziwnego, że sporo od niej starszy małżonek był o nią bardzo zazdrosny. Jako żona zakochanego i bogatego szlachcica posiadała wiele cennych klejnotów. Obdarowywał ją hojnie przy każdej okazji. Był wśród tych precjozów pierścień z brylantem znacznej wartości, który na życzenie męża nosiła na co dzień, by drogocenny kamień błyszczący na palcu żony, świadczył o zamożności rodu, o jego możliwościach władczych, aby dodawał świadomości i magnackiego splendoru.
            Pewnego dnia pierścień zniknął bez śladu. Przeszukano komnaty pani, rozpytywano obsługę, podejrzanych przeszukiwano – daremnie. Klejnot nie odnalazł się. Zmartwiona wielce kasztelanowa powiedziała mężowi o zgubie. Ten czynił żonie wyrzuty za jej gapiostwo, za jej brak troski o tak szczególnie cenny klejnot, ale przy najbliższej okazji pobytu w stolicy w kramie złotniczym kupił nowy, nie mniej wspaniały pierścień.
            Minęło kilka miesięcy kiedy i ten klejnot przepadł gdzieś bez wieści, mimo, że dawała na niego bacznie. Tym razem gniew kasztelana był wielki: wyrzucał małżonce już nie tylko lekkomyślność, ale wręcz złą wolę. Posądzał ją, ze podarunki męża potajemnie sprzedawała, a dukatami obdarowywała któregoś z młodych dworzan, cieszącego się jej względami. Długo musiała nieszczęsna przekonywać rozsierdzonego męża o swojej niewinności. Przez cały czas obserwował ją bacznie, śledził każdy jej krok i kiedy już oddalił od siebie najgorsze podejrzenia, udobruchał się, dał się przebłagać i w przystępie dobrego humoru rzekł, że skłonny jest jeszcze raz ofiarować jej podobny pierścień, lecz jeśli i ten utraci – płazem jej to już nie przejdzie, a zemsta będzie straszna.
            Przez kilka tygodni sygnet z soliterem błyszczał na palcu kasztelanowej i zgoda wróciła pod dach małżonków. Jednak pewnego ranka, gdy pani sięgnęła do stojącej na toalecie otwartej szkatuły, której nie miała zwyczaju na noc zamykać i gdzie zwykle na noc wkładała pierścień, ze zgrozą stwierdziła jego brak. Nie było rady, trzeba było mężowi powiedzieć o tym, co się stało. Kasztelan okazał się teraz nieubłagany – oskarżył żonę o cudzołóstwo i kazał wtrącić do wieży, by tam oczekiwała na wyrok.
            W przededniu rozprawy obok baszty przechodził przyjaciel kasztelana sędzia ziemi ciechanowskiej. Usłyszawszy jęki i płacz nieszczęsnej, postanowił ulitować jej doli – dać jej jeszcze jedną szansę. Kasztelanowa miała zostać poddana sądowi bożemu szczególnego rodzaju: wieczorem przyniesiono jej gotycką cegłę – palcówkę oznajmiając, że jeśli do rana przewierci ją do rana na wylot palcem, udowodni w ten sposób, że zarzuty męża nie były słuszne, że dotrzymała mu wiary małżeńskiej. Ale gdy nadszedł ranek i otwarto drzwi do wieży, na progu stanęła trzymając w ręku nienaruszoną cegłę…
            Nie okazano nieszczęsnej zmiłowania. Zapadł wyrok i jeszcze tego samego dnia ścięto ją na wielkim głazie, leżącym przed zamkową bramą, w którym odcisnęła się szyja kasztelanowej. Starsi ludzie do dziś pamiętają ten kamień z wyraźnie odciśniętym śladem tej tragedii. Kamień ten jednak zniknął. Dziś przed bramą już go nie ma, nie wiadomo gdzie się podział.
            W dwa dni później, gdy służba strącała z otaczających zamek olszyn wronie gniazda, a było ich mnóstwo, w jednym z nich błysnęło coś tęczowo. Pacholik sięgnął w głąb i – wyciągnął garść błyskotek, w wśród nich… trzy brylantowe pierścienie! Jak się okazało, oswojona sroka ochmistrzyni zrobiła w swoim gnieździe skarbczyk. Kasztelan zrozumiał swoją pomyłkę, swój tragiczny błąd. Jego rozpacz była wielka. Kazał pochować żonę z wszelkimi honorami, odprawić uroczyste egzekwie. Nie upłynęło dni wiele, a znaleziono go martwego, leżącego na bruku u stóp wschodniej baszty z roztrzaskaną głową. Nocą gdy wszyscy spali, mimo rozpaczliwych sprzeciwów straży, rzucił się ze szczytu, sam sobie zadając śmierć. Niektórzy twierdzili, że uczynił ten desperacki krok gnębiony wyrzutami sumienia. Inni mawiali, że o śmierć przyprawiało go widmo niewinnie zamordowanej żony, pojawiające się czasem nawet w biały dzień. Ścigany przez nie kasztelan wypadł z okna.
            Minęło setki lat, ciechanowski dwukrotnie niszczyli Szwedzi, a potem, po trzecim rozbiorze Polski – Niemcy. Wreszcie czas obrócił go w ruinę, a nieszczęsna kasztelanowa wciąż nawiedza zamek. Nawet dziś, po częściowej odbudowie, baczni obserwatorowie widzą jak w białej szacie otulona welonem, przesuwa się bezszelestnie przez komnaty i korytarze schodowe, zagląda do sali rycerskiej. Byli i tacy, którzy słyszeli jej płacz, kroki na murach. Czyżby kasztelanowa jeszcze szukała swoich pierścieni?
 

 
Alfred Borkowski 
 
Czarny pies
 
            Kiedy zapada zmrok, a nad zamkiem w Ciechanowie poczynają błyskać gwiazdy, wokół starych murów i baszt pachnących pleśnią pojawia się czarny pies ze sterczącymi uszami i wielkim, puszystym ogonem. Przebiega po resztkach wałów nadfosnych, przeskakuje zmurszałe progi, bieży czasem przez dziedziniec i przepada gdzieś w głębokim cieniu, rzucanym przez zamkowe mury.
            Nie tylko najstarsi ludzie, ale także i młodzi powiadają, że nieraz nocą, gdy znajdują się opodal zamku, widzą coś, co jest plamą ciemniejszą od czerni nocy. I nie jest to cień rzucany przez nikłe światło gwiazd, lecz coś, co się porusza, biegnie prędko przed siebie i znika. Dawno temu stateczni obywatele, co do szkół chodzili i przemierzali dalekie kraje, wzruszali tylko ramionami i nie potrafili wytłumaczyć tego zjawiska, aż imć pan Wincenty Gawarecki, mazowiecki etnograf, ponad wiek temu czarno na białym opisał:
„Jak w wielu zamkach opustoszałych w Polsce, duchy miejsce żywych istot dziś zajęły, tak podobnie w zwaliskach ciechanowskiego zamku mieszkańcy grodu przyległego mogą widzieć psa wielkiego, czarnego, który nawet i na błotach otaczających szczątki pamiętnej warowni spostrzegać się daje, lecz ten brytan, stróż czujny, zapewne strzeże w zaklętych lochach zamkowych skarbów. Nie jest szkodliwy, rzuca tylko postrach na zbliżających się do tych miejsc pustych”.
            Jeśli te słowa nie przekonują kogoś, niech uczciwie spróbuje wybrać się nocą w pobliże zamku, niech wstrzyma oddech i natęży wzrok, a wówczas zobaczy zwierza wielkiego jak cielę, czarnego jak smoła, błyskającego tylko białymi kłami. Jeżeli zaraz nie ucieknie w popłochu, to niech uważnie posłucha, a do uszu jego doleci szczekanie.
            Nie będzie to jednak ujadanie jakiegoś tam Burka, czy zwykłego Azorka, zajadłe, ostre, lecz jednocześnie jakieś swojskie. Będzie to szczekanie niesamowite, jakby wychodzące spod ziemi, uderzające o nieboskłon i wracające, powtarzane przez echo stokrotnie, a jednocześnie tak potężne i mocarne, że poraża wolę największego śmiałka. Co gorsza, nie wiadomo skąd się wydobywa, bo wraz z potężnym ujadaniem, czarny brytan znika, a słuchającemu wydaje się, że to z innej strony dobiega do niego pies, że jest przy nim, że jeszcze chwila, a zagłębi się w łydkę swoimi zębami lub skoczy na pierś, przewróci i sięgnie gardła.
            Jednakże pies, jak każda zjawa, tylko straszy, przyprawia o dreszcze a nie zagryza, nie morduje, nie rani, bowiem nie jest on zwykłym psem, lecz czarnym brytanem, stróżem skarbów w podziemiach, które dawniejsi ciechanowianie ukryli przed nawałą szwedzka.
            O brytanie krąży wiele opowieści. Mówią jedni, że rycerz Sulimir za swoje winy został zaklęty w czworonożnego stróża. Przywrócić mu można będzie postać człowieka, kiedy się znajdzie śmiałek i pogłaszcze tego brytana. Musi to być przy tu, młodzian dobry, sprawiedliwy i bezinteresownie pomagający ludziom. Wtedy wejdą obaj do podziemi, gdzie czeka na nich pięć beczek ze skarbami, antałki szampańskiego miodu i innych wiktuałów przyjemnych dla podniebienia. Dotąd nikt jednak nie odważył się pogłaskać czarnucha. Czyżby nie było w tym grodzie męża prawego, bez skazy i odważnego?
            Bywa czasem, że to ujadanie czarnego psa powoduje pojawienie się czerwonych ogników w bezpośredniej bliskości zamku, które już nie jednemu śmiałkowi napędziły strachu. Starzy powiadali, że to duchy „czerwonych diabłów”, tak bowiem nazywano żołnierzy szwedzkich, którzy dokonali wielkiego spustoszenia w Ciechanowie podczas „potopu”. Nosili oni bowiem czerwone spodnie i takież lampasy u mundurów.
            A było to tak. Szwedzi po spaleniu miasta, wymordowaniu sporej części jego mieszkańców, ograbili zamek ze starych ksiąg i innych kosztowności, po czym urządzili wielkie pijaństwo i orgie za murami. Tak się zabawili, że budowla zaczęła płonąć. „Czerwone diabły” zaczęły w popłochu uciekać. Dopadł ich wtedy oddział polskich chłopów z okolicznych wiosek, uzbrojonych w widły, siekiery i kosy. Szwedów wycieli w pień, a ich trupy długo leżały w przyzamkowej fosie, aż wreszcie je zakopano w pobliżu zamku. Od tej pory duchy „czerwonych diabłów” w postaci ogników krążą czasem w okolicach zamkowych murów i przypominają potomnym o tragedii minionych lat.
            A czarny pies wciąż pełni straż nad tym, co jeszcze tu pozostało. I tak będzie jeszcze przez wieki.
 
 
Teodor L. Młynarski 
 
O pasterce, która chciała być królową
 
 
Legenda ta opowiedziana była pięknej Hannie z Ciechanowa przez jej sługę Olecha na zamku w Ciechanowie.
 
Pewnego razu w lesie nad rzeką Łydynią młody pasterz pasący bydło, owce i świnie, należące do pana naszego zamku zakochał się w młodej ślicznej pasterce, strzegącej wielkiego stada białych gęsi. Nie odstępował on jej na krok i stale mówił jej, jak bardzo jest piękna. Stojąc raz z nią nad brzegiem rzeki, powiedział:
-         Ty jesteś dla mnie królową.
-         Naprawdę – ucieszyła się dziewczyna.
-         Naprawdę!
-         A wiesz co, ja chciałabym być królową.
Właśnie przechodziła tamtędy czarownica, która pędziła stado owiec:
-         Chcesz być królową – zapytała pasterki.
-         Bardzo chcę – odpowiedziała.
-         Spójrz teraz na wodę w rzece – poleciła czarownica.
Pasterka przejrzała się i krzyknęła z radości:
-         Ja, czy nie ja? Widzę na mojej głowie koronę, śliczną błyszczącą koronę.
Po chwili czarownica splunęła do wody i powiedziała do pasterki:
-         Spójrz teraz w wodę.
-         Nie widzę już korony na głowie! – odpowiedziała z płaczem dziewczyna!
Czarownica mówi do dziewczyny.
-         Jak chcesz być królową, to możesz nią zostać. Ale musisz zgodzić się na jeden warunek.
-         Zgodzę się na każdy! – krzyknęła pasterka.
-         Przemienię cię w owieczkę, zapędzę wraz z tym stadem na zamek, gdzie mieszka król, który na twój widok powie: - „Kocham Cię”, a ty wtedy znów staniesz się piękną dziewczyną. Król cię poślubi za to, zgodziłaś się poświęcić dla niego i żyć pewien czas jak owieczka. Będziesz panią wielkiego kraju, będziesz chodziła w koronie i mieszkała na wysokim zamku, którego wieże samych chmur dotykają, a który stoi na wielkiej górze ze samego srebra. Zgodzisz się na to?
-         Zgadzam się – powiedziała pasterka.
-         Nie zgadzaj się! – krzyknął pasterz.
Ale było już za późno. Czarownica wymówiła zaklęcie i w jednej chwili pasterka zamieniła się w owcę, którą dołączyła do stada. Pasterz chciał biec za stadem, ale nie mógł zrobić kroku, bo u nóg urosły mu korzenie, głęboko wrośnięte w ziemię. Dopiero na drugi dzień korzenie uschły i pasterz pobiegł śladami stada owiec. Dognał czarownicę, gdy wpędzała stado na dziedziniec zamkowy, pomógł jej w robocie i zgodził się być owczarzem. Na dziedzińcu zamku na spotkanie stada owiec wyszedł nie król ale rzeźnik, który zaraz zarznął najtłustszą owcę. Czarownica przygnała stado owiec, w które przemieniła młode kobiety chcące stać się królowymi. Codziennie wyganiał owce do lasu i szukał wśród nich swej ukochanej, wołając do każdej „Kocham Cię”! Nie był królem ani ukochanym żadnej z uprowadzonych kobiet, toteż jego zaklęcie nie miało skutku. Tak było przez miesiąc, aż pasterz z tego zmartwienia zgłupiał i został wyrzucony z zamku. Wrócił do stada bydła nad Łydynią i śpiewał smutne pieśni. Pewnego razu wyszła z lasu jedna samotna owieczka. Pasterz rzekł do niej swoim zwyczajem:
-         Kocham cię!
I w tej chwili stanęła obok niego jego ukochana. Okazało się że owieczka odłączyła się od stada i tułała się długo po lesie aż przypadkiem natknęła się na pasterza, który darmo szukał jej na królewskim zamku. Ale ta dziewczyna nie kochała go i wcale nie była mu wdzięczna za wyzwolenie jej z owczej postaci. Nie mogła mu darować tego, że nie zapędził jej na dwór królewski do tamtego stada owiec. Nie chciała wierzyć w to, że spotkałby ją nóż rzeźnika, a nie – jak wierzyły owieczki – korona królewska. Ona chciała być królową.
 
       
Jan K. Korzybski

Niefortunne polowanie
 
            W pobliskiej Opinogórze, na jednym z trzech pagórków, gdzie dziś wznosi się zameczek Zygmunta Krasińskiego, a na samym początku stał dwór legendarnego Opina, w wiekach średnich istniał dworzec myśliwski książąt mazowieckich, zbudowany dla wygody polujących władców w rozległych wówczas mazowieckich puszczach.
            Zwierza było tu w bród i grubego i drobnego, ale feudalni panowie polowali tylko na zwierzynę grubą, jak niedźwiedzie, żubry, jelenie, sarny i dziki. Nie podarowali tez napotkanemu wilkowi i lisowi, które były bardziej przebiegłe i szybsze, nie były łatwe do upolowania przy pomocy strzały, czy nawet kuszy, nie mówiąc o oszczepie, czy innej broni siecznej.
            Wolny więc czas spędzano na łowach i nie zawsze odpowiednio przygotowanych przez podwładną do tego służbę. Bywało, że książę, jak to się dziś mówi dla relaksu, wyjeżdżał z ciechanowskiego zamku do Opinogóry tylko z przyboczną strażą, aby choć jeszcze parę godzin pobyć w borze dla myśliwskiej przygody.
            W 1404 roku podczas takiej nieprzemyślanej wyprawy książę Janusz, budowniczy ciechanowskiego zamku (dziadek Bolesława) podstępem został porwany spod Opinogóry przez liczniejszą drużynę krzyżacką przybyłą tu aż z Nidzicy, penetrującą północne Mazowsze. Uwięzili go wówczas w zamku nidzickim i dopiero energiczne wstawiennictwo Władysława Jagiełły spowodowało jego uwolnienie.
            Mimo tak tragicznego wydarzenia, łowy wokół Opinogóry nie ustawały. Przyjeżdżali tu nie tylko mieszkańcy grodu nad Łydynią, ale zapraszano także zaprzyjaźnione dwory, ba, nawet samych monarchów, odwiedzających ciechanowski kasztel.
            Wiele razy polował jeszcze jako młody chłopiec, potem dojrzały mąż, wnuk księcia Janusza, Bolesław. Odziedziczył Mazowsze w 1429 r. po swoim długowiecznym dziadku Januszu, który zmarł o rok później od swojego syna, a ojca Bolesława. Znakomity był to władca, ten Bolesław, zapisał się złotymi zgłoskami w historii nie tylko Mazowsza, ale całego kraju. Uczył się na dworze Jagiełły, był świadkiem wielu dziejowych wydarzeń, uczestniczył przy podejmowaniu wielu ważkich decyzji politycznych. Wiadomo na przykład, że Bolesław towarzyszył Jagielle w 1412 r. w zjeździe z cesarzem Zygmuntem w Lubomili, gdzie miał być rozstrzygnięty spór z Krzyżakami. W 1414 r. z dziadkiem Januszem i stryjem Ziemowitem z Płocka, bierze udział na czele mazowieckich hufców w wojnie z Krzyżakami. W 1428 r. w imieniu i w zastępstwie swojego dziadka składa Jagielle publiczny hołd wierności. Po śmierci Jagiełły w 1434 r. uczestniczy w koronacji Władysława Wareńczyka i towarzyszy mu w podróży po koronę do Węgier. Po śmierci króla Władysława pod Warną był pretendentem do tronu polskiego, odwołany zoostał królem w 1446 r. Jednak do koronacji nie doszło, gdyż Małopolanie powierzyli tę godność królewiczowi Kazimierzowi. Wtedy to Piastowie utracili ostatnią swobodność objęcia tronu.
            Książę ten uwielbiał łowy, pasją jego życia była walka, także z żywiołem, z dziką zwierzyną, każdy wolniejszy czas wykorzystywał na polowania. Lubił stawiać czoło przeciwnościom w pojedynkę, sam, bez żadnej ochrony, bez pomocy.
            Była wczesna jesień, może wrześniowy ranek, kiedy z myśliwego dworu w Opinogórze udał się w las, chciał pobyć w leśnej głuszy, zażyć radości kontaktu z przyrodą, a może i cos upolować. Zabrał ze sobą lubianego, 20 – letniego giermka, Gutka i pachołka do koni oraz trzy myśliwskie ogary. Nie ujechali kilku wiorst, gdy ich oczom na rozległej polanie ukazało się stadko saren. Książę ręką powstrzymał pochód, zeskoczył z konia, przyklęknął, naciągnął cięciwę kuszy i śmiertelna strzała ze świstem ugrzęzła w karku dorodnego kozła. Przewrócił się koziołek, wierzgał jeszcze kilka chwil, aż bezwładny opadł na murawę. Stado w popłochu rozbiegło się w gęstwinie. Kiedy Gucio i pachołek, podziwiając rogacza, przygotowywali go do transportu, książę z psami oddalił się wąską ścieżyną, wydeptaną przez zwierzynę. Uszedł może kilkadziesiąt kroków, kiedy psy zwietrzyły zwierzę i podochocone przygodą, skoczyły gwałtownie do przodu. Za kilka sekund uszu księcia doszły odgłosy walki. Psy, ujadając i skowycząc z bólu na przemian, atakowały zwalistego, starego, doświadczonego, o kłach długich i ostrych jak brzeszczot odyńca, przebywającego samotnie, z dala od watahy. Rozwścieczone zwierzę, z pokaleczonymi przez psy zadnimi racicami, jak szalone obracało się wokoło, odrzucając na swych potężnych kłach psich napastników. Jeden z nich, ulubiony księcia Hartuś leżał już martwy, gdyż za moment następnego spotkał ten sam los.
            Książę, widząc co się dzieje, zdecydował zmierzyć się z rozjuszonym potworem. W obie ręce chwycił niesioną dzidę, podbiegł do dzika i z całej siły, powodowanej rozpędem i własnym ciężarem celował w kark bestii. Niestety, zwierzę odskoczyło, książę upadł, dzida ugrzęzła w podszyciu. Nie zdążył książę podnieść się z ziemi, gdy wściekły odyniec przerzucił go ryjem za siebie na drugą stronę, potem jeszcze raz, a widząc swoje zwycięstwo i bezradność człowieka, potężnymi kłami popychał go, przewracał i toczył w zarośla. Wszystko to działo się zaledwie kilkadziesiąt sekund, tak że kiedy nadbiegł, zaalarmowany odgłosami walki, Gusio, było już za późno. Zwycięskie zwierzę, pochrząkując, odchodziło z wolna w gąszcz i tylko groźnie odwracało łeb, zerkając na nadbiegającego Gucia. Przywołał Gucio pachołka z końmi. Pomiędzy dwa konie rozpięli płachtę, uprzednio przeznaczoną do transportu upolowanego zwierza i tak na zaimprowizowanych noszach, przewieźli swojego pana do opinogórskiego dworu.
            Książę cierpiał niewymownie, krew sączyła się z odniesionych ran, liczne potłuczenia i sińce na całym ciele dokuczały mu bardzo. Łuczywo w oknach dworu płonęło aż do piania kogutów. Przywołana z sąsiedniej wioski  Bacze znachorka – zielarka przemyła księciu rozerwany bok i poszarpany mięsień udowy wywarem z szałwi i krwawnika, obłożyła świeżutkim razowcem, wymieszanym z pajęczyną i przewiązała podartym na pasy bielutkim prześcieradłem. Na wzmocnienie służba podawała spragnionemu od gorączki rozcieńczony wodą gęsty sok jeżynowy, który ponoć nie tylko gasi pragnienie, ale i obniża temperaturę. Po tak udzielonej pierwszej pomocy, skoro świt, wymoszczono wóz świeżym, pachnącym sianem, ułożono chorego głową do tyłu wozu, a nogami do koni i pośpiesznie zawieziono do ciechanowskiego zamku. Tu niezwłocznie sprowadzony miejscowy cyrulik, mieszkający na podgrodziu, zastosował okłady z wywarów ziołowych , zmieniając je co kilkanaście minut. Książę gorączkował, podawano mu napoje z soków owocowych, ale poprawa nie następowała. Od rany na udzie, w kierunku pachwiny pojawiła się czerwona pręga, świadcząca o postępującej gangrenie. 
Książę spodziewając się najgorszego, przywołał swojego zamkowego skrybę, podyktował mu swoją ostatnią wolę, w której, oprócz dyspozycji natury zasadniczej, zapisał swojemu wiernemu słudze Gutkowi dość znaczny obszar wyrębu leśnego w pobliżu Sońska, nad rzeką Soną. Gutek założył tam rodzinę, miał sześciu synów, a swoją osadę nazwał Gutkowem. Organizm 63 – letniego człowieka nie był już w stanie zwalczyć choroby. Nieco ponad tydzień książę zmagał się ze śmiercią. Uroczyste nabożeństwo żałobne odbyło się w ciechanowskim kościele farnym, wzniesionym jeszcze przez jego pradziadka Ziemowita, przy udziale licznie zgromadzonej okolicznej szlachty. Po nabożeństwie kondukt pogrzebowy udał się do katedry warszawskiej. Tam odbyły się uroczystości, na jakie Bolesław IV sobie zasłużył. Obecna była cała rodzina Piastowiczów, król ze świtą, cała hierarchia kościelna, liczne zastępy rycerstwa i szlachty nie tylko mazowieckiej. Spoczął zapewne w katedrze warszawskiej. 
Pozostawił Bolesław po sobie na Mazowszu pamięć mądrego i sprawiedliwego władcy. To on kazał przetłumaczyć z łaciny na język polski statut swojego dziada księcia Janusza. Dzięki jego mądrej polityce gospodarczej powstało w XV wieku wiele nowych osad, a przeciętnym ludziom żyło się coraz to lepiej. I choć Bolesław miał czterech synów i dwie córki, ród Piastów mazowieckich skończył się na jego bezpotomnie zmarłych wnukach, Stanisławie i Januszu III. 
Wtedy to w 1526 roku król Zygmunt Stary włączył Mazowsze do królestwa. 
Jedynym materialnym śladem pobytu księcia na tej ziemi jest wzniesiony u stóp wzgórza, na którym był dwór myśliwski w Opinogórze, pomnik z piaskowca w formie krzyża, ze stosownym łacińskim napisem. Pomnik ten w 400 lat po jego śmierci wzniósł Wincenty Krasiński, ojciec poety Zygmunta.       
 

Źródło: Ciechanowskie Legendy Zamkowe - Towarzystwo Miłośników Ziemi Ciechanowskiej, Ciechanów, 1995 r.


Pierwsza internetowa kwiaciarnia w Ciechanowie!
Bliska osoba ma urodziny, a Ciebie nie ma w pobliżu? Zostało mało czasu do uroczystości, a Ty nadal nie masz…
Trzy najważniejsze skutki wdrożenia systemów telematycznych
Telematyka, w zależności od konfiguracji konkretnego systemu, może dać organizacji różne korzyści. Trzy najważniejsze atuty są jednak widoczne właściwie w każdym przedsiębiorstwie,…

czytaj więcej
Jaka reklama internetowa dla małej firmy?
Wybór reklamy powinien być ściśle określony zarówno pod względem budżetu, jak i zakresu jej oddziaływania. Im mniej środków będziesz mógł przeznaczyć na taki cel,…

czytaj więcej
Soundbary – dla kogo, za ile, funkcje
Soundbary – dla kogo, za ile, funkcje Cenisz sobie komfort oglądania filmów, seriali czy transmisji sportowych? Chcesz podczas gry poczuć się dosłownie w centrum akcji? Jeśli chodzi…

czytaj więcej

REKLAMA

ZAPROSZENIA


Uniwersytet Trzeciego Wieku
 Aerobik, język angielski, język niemiecki, Nordic Walking, zajęcia ruchowe, basen i inne zajęcia. Szczegóły znajdą Państwo w COEK Studio mieszczącym…

Reklama

Reklama

kalendarz imprez


<< 22 stycznia 2019 >>

Nd Pn Wt Śr Cz Pt Sb
01 02 03 04 05
06 07 08 09 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31

Reklama

sonda

Odwiedziłem już restaurację McDonald's w Ciechanowie
TAK
NIE
Nie chodzę do takich restauracji

reklama


KONTAKT:

Telefon:
736 223 031
email: redakcja@ciechanowonline.pl